W cieniu rządowych przetasowań przebiegła wizyta prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza w Polsce. Bronisław Komorowski jest jednym z ostatnich europejskich przywódców, który znajduje nić porozumienia z prezydentem Ukrainy. Stał się w jakimś sensie odgromnikiem nad głową kolegi z Kijowa. Zresztą nie bardzo ma inny wybór. Można powiedzieć, że kontynuuje linię otwierania dla Ukrainy europejskich drzwi w dobrych i złych okolicznościach. Politykę tę prowadzili jego poprzednicy: Aleksander Kwaśniewski i Lech Kaczyński. Nie tylko europejskie sprawy będą jednak w tym roku na tapecie w stosunkach z Ukrainą.

Czeka nas siedemdziesiąta rocznica Wołynia – być może ostatnia okrągła, kiedy żyją jeszcze członkowie najbliższych rodzin ofiar zamordowanych przez ukraińskich nacjonalistów podczas II wojny światowej. W kontekście stosunków między Unią a Ukrainą dużo się mówi o lutowym szczycie w Brukseli, o szczycie Partnerstwa Wschodniego w Wilnie też sporo, chociaż odbędzie się dopiero jesienią. Czy nie zabraknie jednak czasu na poważną rozmowę o polsko-ukraińskiej historii?

Niemrawo toczą się przygotowania rocznicowe i trudno dowiedzieć się o jakieś szczegóły, chociaż to już za kilka miesięcy. W 2003 roku Kwaśniewski spotkał się z Kuczmą w Łucku z okazji sześćdziesiątej rocznicy masakry wołyńskiej, pięć lat później z pewnym opóźnieniem doszło do spotkania Kaczyńskiego z Juszczenką w Hucie Pieniackiej na Ukrainie. Brakowało jednak państwowej uroczystości ku pamięci ofiar w Polsce, choć oczywiście swoje obchody organizują kresowiacy. Znów powstaje fałszywa alternatywa: jeśli nie obchody dwustronne na najwyższym szczeblu, to może lepiej nie zadrażniać relacji z Ukrainą i niech lepiej odbędą obchody organizacji społecznych w Warszawie i innych miastach. Władze w Kijowie tematu nie czują, bo dla Partii Regionów, która jest u władzy i wywodzi się z Doniecka, problemy relacji narodowościowych w Galicji nie są fascynującym tematem. Można powiedzieć, że Bandery nie tylko nie uważają oni za bohatera, ale mają o nim zdanie nie lepsze niż my, więc bez problemów z interpretacją roli ukraińskiego nacjonalizmu mogą składać wieńce na mogiłach zamordowanych wtedy Polaków. Tyle tylko, że całej sprawy nie uważają za kluczowy problem.

Tak czy inaczej w Polsce im bliżej lipcowej rocznicy, to kwestia ta będzie odżywać. Jeśli wołyńskie obchody miałyby popsuć relacje z Ukrainą i Ukraińcami to nic nie jesteśmy warci my, jako współcześnie żyjący, odpowiedzialni za wspólne działania po 1991 roku. Dlatego moim zdaniem prezydent Polski, niezależnie od obchodów polsko-ukraińskich, które powinny się odbyć na Ukrainie i niezależnie od szykowanych obchodów kościelnych (w gronie rzymskich katolików, grekokatolików i prawosławnych), powinien zorganizować uroczystości państwowe przy grobie Nieznanego Żołnierza, złożyć wieniec od narodu polskiego i wygłosić przemówienie. Powinna być wspólna msza za pojednanie odprawiona przez biskupów grecko i rzymskokatolickich a może ekumeniczna z prawosławnymi. Powinni być zaproszeni wszyscy żyjący świadkowie tamtych wydarzeń i ci którzy na Wołyniu stracili bliskich, bo następnej rocznicy nie wszyscy doczekają (życzyć im trzeba wiele zdrowia), a na Ukrainę nie wszyscy dadzą radę się wybrać. Od hymnu, prezydenckiego wieńca i salwy honorowej oraz mszy i modlitwy za zmarłych jeszcze żadne dobre relacje się nie popsuły.

Dyskutuj także na:

Facebooku www.facebook.com/pawelkowalpl

Twitterze @pawelkowalpl