Mamy to! „Yes, yes, yes” – mógłby zakrzyknąć wzorem Kazimierza Marcinkiewicza premier Tusk. Jest 300 miliardów! Oczywiście jeśli odpowiednio pomnożyć przez odpowiedni kurs euro. Co prawda trzeba było odpuścić parę miliardów na rolnictwo i rozwój obszarów wiejskich, ale nasze drogie lemingi i tak nie zwrócą na to uwagi. Przecież mieszkają w miastach, gdzie nie ma dopłat do produkcji rolnej, są za to nowe baseny, hale sportowe i trochę rozkopanych dróg ze zbyt cienkim asfaltem. Polska lokalna i tak głosuje na PSL albo PiS, więc niech mają za swoje niewdzięcznicy! Nie pierwszy to raz zasadnicze kwestie, jak np. balans między wsią a miastem, powstrzymanie wyludniania niektórych obszarów kraju czy ceny żywności, zostały uznane za domenę jednej partii czyli PSL, które siłą rzeczy nie ugra tyle samo co znacznie silniejsza PO. Stąd konstrukcja: „Tuskowi się udało a rolnikom mniej”.

„Trzeba środki unijne dobrze wykorzystać” – zakrzyknie chór medialnych doradców władzy i jak tu się nie zgodzić. To ostatnie tak hojne dla Polski Wieloletnie Ramy Finansowe – potem zostaniemy płatnikiem netto, czyli będziemy więcej dokładać niż odbierać. Przez kolejne siedem lat powinniśmy wymienić tanie grille z cienkiej blachy na solidne, murowane, które posłużą jeszcze naszym dzieciom. Będziemy pewnie dalej rozbudowywać drogi (z odpowiednio grubą warstwą asfaltu), infrastrukturę (oby już nie tylko basen w każdej gminie), może trochę weźmie wreszcie chronicznie niedoinwestowana i znienawidzona przez pasażerów polska kolej. Być może powstaną nowe miejsca pracy, choć jeśli akurat o to chodzi, to jednak większych sukcesów rząd na tym polu nie odniósł. Konrad Niklewicz, wiceszef platformerskiego think-tanku Instytut Obywatelski donosi na swoim blogu, że dzięki funduszom unijnym powstało w Polsce 250 tysięcy nowych miejsc pracy, z czego 5 tysięcy w sektorze badań i rozwoju. Imponujące? Wcale nie, jeśli porównać ten wynik z liczbą bezrobotnych, których jest w Polsce obecnie grubo ponad 2 miliony.  Dlaczego PO się tym tak chwali, skoro w dziedzinie tworzenia nowoczesnych miejsc pracy, jest najsłabiej? Gorzej niż z drogami.

Przed nami siedem lat, które trzeba wykorzystać do przeprowadzenia reform w państwie. Charakterystyczne, że podczas ostatniej fazy negocjacji Polska walczyła jednak w południowej drużynie wespół z Włochami i Hiszpanią. Doświadczenie, szczególnie Madrytu, pokazuje, że najbardziej mści się brak inwestycji w młodych i wykształconych. Drugie 7 lat powinno upłynąć pod znakiem uwolnienia przedsiębiorczości, czyli postawienia na to pokolenie, które mogłoby zakładać w Polsce firmy, zamiast uciekać zagranicę. Należy tworzyć zachęty dla młodych inwestorów, zmniejszyć koszty pracy, które są jedną z naszych najważniejszych przewag konkurencyjnych w Unii. Chodzi o nowoczesność rozumianą inaczej niż jako ideologiczne kłótnie.

Unijne środki muszą napędzać pracę młodym i wykształconym. Polscy świetni informatycy, inżynierowie, fizycy, chemicy – wszyscy oni powinni za godziwe pensje pracować w Polsce i rozwijać sektor IT, czy zielone technologie (na które popyt będzie coraz większy dzięki niemieckiej strategii energetycznej odejścia od atomu). Za 7 lat moja córka będzie dorosła, a ja nie chcę jej odprowadzać na samolot do Londynu i wyczekiwać na święta.

Co wynika z tego szczytu? Po pierwsze Platforma Obywatelska nie ma koncepcji rozwoju opartej o inwestycje w młodych i ogranicza się do myślenia w kategoriach infrastruktury, choć i tutaj nie zawsze są sukcesy. Po drugie brakuje rozumienia nie tyle nawet rolnictwa, co szerzej, wsi. To „miastowe” myślenie zemści się na Polsce za kilkanaście lat. Trzeci wniosek jest polityczny – jakoś nie doszło do decydentów, że ten szczyt był nie tylko o pieniądzach na najbliższe 7 lat, ale także o tym kto będzie decydował o sytuacji Unii. Rola Martina Schulza, jako szefa Parlamentu Europejskiego wzrasta. Przecież jeszcze tak niedawno było to „yes, yes, yes…”

 

Obserwuj i komentuj także na:

Facebook: www.facebook.com/pawelkowalpl

Twitter: @pawelkowalpl