Nad Tbilisi stoją dwa pałace, których 10 lat temu nie było. Gospodarze znają się dobrze, korzystając ze średniej wielkości lornetki mogą sobie zaglądać do okien. Kiedyś, po rewolucji, łączyła ich dobra znajomość. Dzisiaj dzieli wszystko. Lokatorem pierwszego jest Bidzina Iwaniszwili, który przyjeżdża dzisiaj do Polski. Kim jest i jaki ma plan dla Gruzji?

Na początku lat 90. wyjechał do Rosji i tam zarobił pieniądze. Borys Niemcow wspomina go, gdy w sprawach prywatyzacji przychodził do niego jako do wicepremiera. W Gruzji pojawił się aktywniej po 2004 roku jako sprzymierzeniec rewolucji róż. Z prywatnych środków finansował reformy nowej władzy, szczególnie walkę z korupcją w policji oraz wiele akcji socjalnych. Około 2006 roku Misza i Bidzina zaczęli się spierać o kierunek zmian w państwie. Misza zgodził się jeszcze na budowę przez gruzińsko-rosyjskiego miliardera wielkiej, widocznej z każdego punktu miasta willi. Po 2008 roku panów podzielił otwarty konflikt. Dwa lata później Bidzina sprzedał swój rosyjski majątek, przeniósł się do Gruzji i zaczął organizować na wybory koalicję, którą nazwał Gruzińskim Marzeniem. Saakaszwili starał się go zneutralizować administracyjnymi metodami, np. utrudniając uzyskanie gruzińskiego paszportu, a zatem i prawa do uczestniczenia w wyborach.

Iwaniszwili przeprowadził w zeszłym roku konsolidację sił niechętnych prezydentowi i jego partii, kampanię wyborczą oparł o populistyczne hasła socjalne i obietnice niedookreślonej pomocy dla mieszkańców. W październiku 2012 roku wygrał i przejął władzę jako premier. Nie kwestionuje prozachodniej orientacji Saakaszwilego i wielu posunięć prezydenta po rewolucji róż. Oskarża go natomiast o nadużywanie władzy, powszechną inwigilację obywateli (17 tys. nielegalnych nagrań, podsłuchy telefoniczne), bezprawne przejmowanie prywatnej własności na poczet państwa pod pozorem walki z korupcją za poprzedników, używanie systemu więziennictwa do wali politycznej. Lista zarzutów jest długa.

Na przeciwległym wzgórzu pałac, który powstał za publiczne pieniądze jako symbol nowego w Gruzji. Siedziba prezydenta Saakaszwilego. Jeśli ktoś nie rozumie dlaczego Amerykanie ostatni okres sprawowania władzy nazywają lame duck (ang. kulawa kaczka), powinien przyjrzeć się Saakaszwilemu. Od ubiegłorocznych wyborów jego władza jest naprawdę kulawa. Poparcie dla jego partii to maksymalnie 20 proc. Dorobek: boom inwestycyjny w Batumi, Tbilisi i Kutaisi, kilkuletni dynamiczny wzrost gospodarczy, wytępienie korupcji na niższych szczeblach, szczególnie w policji, która na Kaukazie jeszcze za czasów ZSRR uchodziła za szczególnie podatną na wziatki. Upowszechnienie gruzińskiego w szkołach, zbliżenie do Zachodu (UE i NATO), znalezienie dla gruzińskich towarów nowych rynków zbytu, bezprecedensowy rozwój turystyki. Słowem Saakaszwili i tak ma zapewnione miejsce w gruzińskiej historii obok największych bohaterów tego kraju. Błędy to zignorowanie konserwatywnej Cerkwi prawosławnej w polityce – Ilja II pozostawał jego cichym przeciwnikiem, uderzenie w niektóre środowiska intelektualne jako „siedlisko Rosji”, zamkniecie się władzy w wąskim kręgu kilku osób, błędy popełnione w sprawach relacji z Rosją (trudno powiedzieć, czy w warunkach presji ze strony Kremla można było ich uniknąć), brak wsparcia Zachodu w walce o reintegrację kraju obciążył Miszę posądzeniem o nieskuteczność. Saakaszwili okazał się w swojej modernizacyjnej polityce Orbanem Kaukazu, ale ta silna władza i poczucie sukcesów zgubiły go. Powszechność stosowania kary więzienia spowodowała, że kiedy telewizja przed wyborami parlamentarnymi pokazała kadry z gwałtami w więzieniu (prawdopodobnie nagrane dla wewnętrznych celów przez ludzi Saakaszwilego), odpowiedź była powszechna – każdy pomyślał, że to może być jego bliski. Powstaje pytanie jak nagrane nielegalnie kadry dotarły do politycznej konkurencji. W każdym razie to one prawdopodobnie spowodowały utratę większości na rzecz Gruzińskiego Marzenia. Saakaszwili stracił rząd a niektórzy z jego ludzi znaleźli się w więzieniu.

Gruzini są w mentalnej opozycji do Rosjan. To nieprawda, ze Iwaniszwili jest politykiem prorosyjskim w takim rozumieniu, jak można to pojmować u nas. Jako taki nie miałby w Tbilisi szans. On po prostu chce by wróciło stare – by Gruzja była Gruzją, ale nie walczyła z Rosją, by miała dobre kontakty z UE, NATO i wszystkimi dookoła. Typowy gruziński styl myślenia. Typowa polityka państwa buforu. By do niej dojść, trzeba przywrócić relacje z wielkim bratem, to zaś wymaga czasu a szczególnie inwestycji z północy, które niebawem ruszą do Gruzji wielką falą, poprawiając pogorszone w ostatnim roku wskaźniki ekonomiczne. Jednocześnie rosyjskie pieniądze będą odbudowywały posowieckie rosyjsko-gruzińskie status quo na Kaukazie.

Kończy się polityka Miszy: ucieczki Gruzji na Zachód niezależnie od opinii Moskwy, zmiany tragicznej gruzińskiej geopolityki. Czy gdyby nie błędy ekipy Saakaszwilego projekt geopolitycznego i cywilizacyjnego przesunięcia Gruzji na Zachód by się udał? Nie wiemy, podobnie jak zagadką pozostają kolejne kroki Iwaniszwilego jako władcy w Tbilisi.